Z. Marek Piechocki
Zapomniany Juliusz Zarębski

Zawsze, kiedy patrzę na klawiaturę fortepianu, mam jakieś dziwne poczucie, że potrafię grać, ujarzmić swoimi palcami te białe i czarne klawisze. Że wiem, jak dotykane zabrzmią. Zdaje się znam, z jaką czułością albo złością je traktować, by co najlepsze ze strun instrumentu wydobyć: powiew wiatru, grzmoty burzy, trele ptaków majowe, a przecież jeszcze i z duszy – skowyt jej albo radość kochania... Ale... to nieprawda, że potrafię. Więc może w jakimś poprzednim wcieleniu byłem pianistą? Albo takiej duszy we mnie skrawek?

Może Juliusza Zarębskiego? Kto go dzisiaj pamięta?

Żytomierz - stolica Guberni Wołyńskiej. To tutaj 3 marca 1854 roku, jako drugie dziecko państwa Zarębskich, urodził się Juliusz - przyszły wirtuoz fortepianu i kompozytor. Jego matka – Anastazja z Czeszejków - prawdziwa pani domu, umuzykalniona, wykształcona, organizatorka artystycznych spotkań. Dzięki niej sześcioletni Julek grał już na fortepianie. Rychło jednak matczyne umiejętności przestały wystarczać i w kręgu domowym pojawili się nauczyciele. Niemałą rolę w edukacji muzycznej odegrała ukraińska piastunka Juliusza - śpiewała dumki, piosenki ludowe, które zostały w pamięci chłopca, później mężczyzny. Po latach pisał do Józefa Ignacego Kraszewskiego: „Najbardziej mnie wabiły z początku pieśni ludowe[...] wybrałem też kilkanaście, jako temat do kilku czteroręcznych kompozycji”. Miał szesnaście lat, kiedy ukończył żytomierskie gimnazjum. W swoim mieście, okolicy stał się znanym, często występującym pianistą. Niestety, bez możliwości dalszej edukacji muzycznej. Rodzice postanowili wysłać syna do Wiednia, gdzie sześcioletnie konserwatorium, oba jego działy ukończył w ciągu dwóch lat, zdobywając wszystkie możliwe złote medale, jakie można uzyskać na egzaminach zarówno za interpretację muzyki fortepianowej, jak i kompozycje.

Po Wiedniu – Petersburg, gdzie po trzech zaledwie miesiącach nauki zdał egzaminy uzyskując „Dyplom wolnego artysty”. Kariera pianisty stanęła przed nim otworem. Pierwsze samodzielne wojaże koncertowe: Kijów, Odessa. Słuchacze podziwiali niesamowitą technikę wykonawczą, wirtuozerię, poziom artystyczny, bogactwo programu. Grał utwory Ludwiga van Beethovena, Fryderyka Chopina, Karola Tausiga, Roberta Schumanna, Feliksa Mendelssohna, często - na zakończenie występów IV Rapsodię Węgierską Franciszka Liszta. Echa tych recitali dotarły nawet za granicę – świadczy o tym wzmianka w wydanym w 1874 roku w Paryżu „Słowniku muzyków polskich” Sowińskiego. Wydawało się, że podąży drogą sławy, uznania. A jak postąpił?

Juliusz Zarębski pojawił się w dość specyficznym okresie rozwoju polskiej kultury muzycznej, w luce czasowej pomiędzy Fryderykiem Chopinem a Stanisławem Moniuszką, Mieczysławem Karłowiczem, Karolem Szymanowskim. Większość muzykologów twierdzi, że tę wyrwę w chronologii muzyki narodowej mieli zapełnić: Juliusz Zarębski, Bronisław Rutkowski, Eugeniusz Pankiewcz. Niestety, nazbyt młodo pomarli.

Być może świadomość swojej roli w muzyce podsunęła Juliuszowi pomysł i postanowienie podjęcia dalszej nauki. Miał szczęście urodzić się w tym czasie, w którym żył jeszcze Franciszek Liszt – guru muzyki europejskiej, mieszkający wtedy w Rzymie, w pobliżu swej słynnej przyjaciółki - księżnej Karoliny z Iwanowskich Sayn Witgenstein. Polki z kresów wschodnich ożenionej z niemieckim księciem, którego dla Franciszka porzuciła w 1847 roku. W 1865 roku Liszt wstąpił do stanu duchownego i otrzymał niższe święcenia. Sutanna świetnie harmonizowała z jego długimi, siwymi włosami. Cieszący się wysokim autorytetem, nadal z młodzieńczym, gorącym entuzjazmem dla sztuki uczył, wychowywał, pomagał. Juliusz Zarębski przyjechał do Rzymu jesienią 1874 roku - bez protekcji czy listu polecającego. Sprawdzianem miały stać się jego zdolności odtwórcze, kompozytorskie, repertuar. Udało się. Chociaż nie było łatwo. Jan Kleczyński, redaktor warszawskiego „Echa Muzycznego”, na podstawie opowiadań samego Juliusza tak napisał: „Liszt niezbyt chętnym się okazał do zajmowania uczniem, w którym tkwiła jeszcze świeżo zdobyta rutyna wiedeńskiej nauki, trochę sztywna, pozbawiona zapału. Ale odkrywszy w duszy Juliusza błyski geniuszu, poznawszy jego olbrzymio silną i wytrzymałą rękę, nie wątpił już o jego przyszłości i z całym wylaniem szlachetnej natury wskazywał mu nowe pojęcia”.

Świadkami nauki Juliusza były zarówno willa Liszta, piękna Villa d’Este, jak i zaciszny Zaułek Grecki. W tych miejscach przez półtora roku pracował nad wyswobodzeniem się ze szkolnego schematu, akademickiej poprawności. Rozwijał i pogłębiał technikę pianistyczną. Z czasem stał się najbardziej ulubionym uczniem Franciszka Liszta. Grywali na cztery ręce, występowali razem. Mistrz zabierał wychowanka do Budapesztu i w inne podróże.

Po skończeniu nauki odbył Zarębski tournée artystyczne na południu Europy. W warszawskich „Kłosach” włoski korespondent tej gazety napisał m.in.: „Zarębski zbiera laury w Neapolu, gdzie godzi Włochów ze wstrętną im muzyką północną”. Pianista dotarł aż do Konstantynopola, skąd po udanych występach powrócił do kraju, do Żytomierza, Warszawy, gdzie dał recitale, brał udział w koncertach z innymi muzykami. Grał również swoje utwory. Niezbyt dobrze przyjęła je krytyka stolicy. No cóż, był tutaj jednak obcym, nie mieścił się już w kanonach.

Najwięcej jednak przebywał w Weimarze, gdzie mieszkał i uczył Franciszek Liszt po wyjeździe z Rzymu. Aleksander Borodin, współuczestnik weimarskiej „szkoły” w swoich wspomnieniach niezwykle ciepło wypowiedział się o Juliuszu Zarębskim. Nie tylko o jego nadzwyczajnym talencie, geniuszu odtwórczym, ale i koleżeństwie.

W Weimarze, poznał Juliusz pannę Janinę Wenzel.

„Ty, drogi mistrzu, który pierwszy spostrzegłeś naszą miłość i któryś nas otaczał zawsze Twoją prawdziwie ojcowską dobrocią, nie odmówisz nam swojego błogosławieństwa. Jakże przykro, że tak wielka odległość nie pozwoli policzyć Cię pomiędzy najbliższymi w dniu naszego szczęścia” – tak pisał w liście do Franciszka Liszta Juliusz Zarębski, zawiadamiając Mistrza o swoim ślubie.

Janina Wenzel, Niemka pochodząca ze Świdnicy, była również studentką weimarskiej szkoły Liszta. Rodzice pana młodego nie akceptowali wyboru. Małżeństwo z nie-Polką było dla nich ciosem. Ślub, na ich żądanie, odbył się w Żytomierzu, dokąd później bardzo niechętnie jeździła Janina.

Małżonkowie często koncertowali razem. W Warszawie, już w trzy miesiące po ślubie, grali na dwu fortepianach. Harmonia nie trwa jednak długo. Na świat przyszło ich jedyne dziecko – Wanda. Problemy pojawiły się, kiedy dziewczynkę trzeba było uczyć mówić: w języku matki czy ojca? Piastunką małej była Niemka, ale i tak Juliusz, pisząc do siostry o innych niż swoje własne planach urlopowych żony, chwali się: „Wandzia coraz więcej umie po polsku i za rok będzie już nieźle mówić”.

30 stycznia 1880 roku Leopold II, król Belgów, mianował Juliusza Zarębskiego profesorem klasy fortepianu Konserwatorium Muzycznego w Brukseli. Wynagrodzenie – 3600 franków rocznie. Tak więc pojawiło się stałe miejsce zamieszkania dla rodziny, stabilizacja finansowa, możliwość tworzenia. Kompozytor pracował dużo, ponad siły. Dały o sobie znać symptomy choroby płuc. Musiał coraz częściej i na dłużej wyjeżdżać do wód w celu podratowania zdrowia. Zimę 1883/84 spędził pianista w uzdrowiskach Szwajcarii. Latem 1885 roku czuł się na tyle dobrze, że wyruszył w podróż do rodzinnego Żytomierza. Zabrał ze sobą fortepian dwuklawiaturowy nosząc się z zamiarem urządzania koncertów w Polsce. Po drodze do domu odwiedził majątek administrowany przez męża swojej siostry Marii. Jeździł konno. Nic nie zapowiadało zbliżającego się końca życia pianisty. Jak napisał w telegramie do Konserwatorium w Brukseli jego ojciec, umarł „...prawie nagle..”

13 września 1885 roku.

Twórczość Juliusza Zarębskiego zamyka się w wydanych 34 opusach, począwszy od dedykowanego ojcu „Menueta” (1879), po znakomity „Kwintet na fortepian, dwoje skrzypiec, altówkę i wiolonczelę” – to op. 34 (1885). Prawykonanie miało miejsce w Brukseli 30 kwietnia w roku wydania.

Dzisiaj dość rzadko można posłuchać na żywo jego muzyki. Ja miałem to szczęście dwukrotnie, gdy uczestniczyłem w koncertach w Pałacu Szustra na terenie parku Morskie Oko w Warszawie. Utwory Zarębskiego grali studenci pani prof. Marii Szrajber i prof. Kazimierza Gierżoda z Akademii Muzycznej w Warszawie. Wtedy to usłyszałem niezwykłej urody pięć części „Róż i cierni”op.13, a także Poloneza Fis-dur, Kołysankę op. 22 i Tarantellę z op. 25 .

Z rzadka nagrywane są Jego utwory. W Zbiorach Specjalnych Biblioteki Wojewódzkiej w Gorzowie Wielkopolskim znalazłem tylko jedną płytę analogową: nagraną w 1987 roku w Sali Koncertowej Filharmonii Narodowej w Warszawie. Przy fortepianie Maria Korecka-Soszkowska, absolwentka krakowskiej uczelni muzycznej, uczennica m.in. prof. Henryka Sztompki. Wprawdzie płyta (analogowy LP) nie zawiera moich ulubionych „Róż i cierni” op.13, ale te utwory, które są, przedstawiają Juliusza Zarębskiego jako twórcę wybitnego!

Warto posłuchać.

Karygodnym byłoby pisać o Juliuszu Zarębskim i nie wspomnieć o dwuklawiaturowym fortepianie. Wprawdzie, jak się później okazało, o dość efemerycznej historii, jednak prawdopodobnie nie z powodu swojej dziwności a raczej z braku kontynuatorów, po Juliuszu Zarębskim – wirtuozie tego instrumentu.

Był rok 1878. W Paryżu przygotowywano wielką wystawę. Miano tutaj pokazać cały postęp techniczny XIX wieku. Także w dziedzinie kultury, sztuki. Prześcigano się w pomysłach. Każdy chciał zabłysnąć, rozreklamować swój produkt czy wynalazek. Nie inaczej w dziedzinie instrumentów muzycznych. Najciekawszym był Edwarda Mangeot, paryskiego fabrykanta fortepianów. Skonstruował on instrument o dwu klawiaturach zamontowanych, jedna nad drugą. Z tym, że klawiatury te miały przeciwny układ kolejności klawiszy. W dolnej, jak dotąd, basowe były po lewej stronie, wiolinowe po prawej. W górnej odwrotnie. Owszem, już ponad trzydzieści lat wstecz próbowano budować fortepiany z wsteczną klawiaturą, jednak nie pomyślano, że mogą być dwie. Zresztą, jak pisał Juliusz Zarębski: „jedna klawiatura wsteczna sama przez się nie ma racji bytu... Tylko w połączeniu ze zwyczajną, klawiatura odwrócona nabiera znaczenia i uzupełnia fortepian”.

Dyrekcja fabryki zaczęła poszukiwać pianisty, który zechciałby popracować z konstruktorami, nauczyć się grać i przedstawić instrument na wystawie. Udali się najpierw do Józefa Wieniawskiego, który miał własne doświadczenia z dwoma klawiaturami. Nie doczekali się odpowiedzi. Także od innych znakomitych pianistów Paryża.

A tak o początkach zaznajamiania się z instrumentem pisał Juliusz Zarębski „Wtedy to po raz pierwszy p. Comettant (dyrektor fabryki) zaproponował mi, czy nie chciałbym sam podjąć się tej pracy. Chętnie się na to zgodziłem i zacząłem ćwiczyć od pierwszych dni marca 1878 roku, już 10 maja grałem po raz pierwszy na nowym fortepianie u p. Comettant, gdzie zebrany areopag znakomitości muzycznych miał rozstrzygnąć o losie instrumentu”. Zdanie wyrażono brawami dla artysty, pochwałami dla instrumentu. Według wskazówek pianisty udoskonalono fortepian. Między innymi zbliżono klawiatury tak, by jedna ręka mogła grać jednocześnie na obydwu.

Podwoje kariery dla instrumentu i grającego na nim pianisty zostały otwarte. Juliusz Zarębski stał się jego propagatorem. Przerobił dla wykonywania na tym instrumencie kompozycje Franciszka Liszta. Sam tworzył specjalne utwory – preludia, mazurki. Wykorzystywał również w swoich recitalach dzieła innych kompozytorów. Zwłaszcza te, które napisane zostały na cztery ręce. We Francji powodzenie koncertów było ogromne. Paryskie czasopisma drukowały wielkimi czcionkami słowa: „Chopin umarł – niech żyje Zarębski”. Po sukcesach na kontynencie został zaangażowany na występy w Londynie. Tam jednak już bez takiego aplauzu. Nie zraziło to Juliusza i odtąd już nie rozstawał się z instrumentem o dwu klawiaturach. Zabierał go ze sobą we wszystkie podróże.

Pod koniec 1878 roku pojawił się – zresztą na krótko – w Żytomierzu, gdzie zapoznał publiczność z francuskim wynalazkiem. 13 marca 1879 roku dał koncert w Warszawie. Grał na nowym, jak i na zwyczajnym instrumencie. Zainteresowanie tymi występami było oczywiście ogromne. Jednak reakcja słuchaczy bardzo rozmaita i niezdecydowana. Większość szukała tylko sensacji, nowości. Pojawiły się w prasie głosy krytyczne, karykatury, jakieś satyryczne wierszyki typu:

„Dziwne świata są uczynki. Wymyśliły mądre głowy klawicymbał dubeltowy”.

Jednak fachowcy, jak np. profesor Instytutu Muzycznego – Juliusz Stattler pisał: „Wynalazek ten nie powinien być lekceważonym”. Przewidywał rewolucję w całym systemie gry na fortepianie, sposobie komponowania, konieczność przeredagowania wszystkich dzieł muzycznych. Owszem, było to w pełni słuszne. Jednak życie zweryfikowało i wynalazek i ewentualne przyszłe perypetie „rewolucji w partyturach”. Gry na dwuklawiaturowym fortepianie nauczył się Antoni Kątski oraz jeden z najzdolniejszych uczniów Juliusza – Henryk Tibbe. Niedługo jednak przeżył swojego mistrza. Wraz z młodo zmarłymi muzykami odszedł też w zapomnienie i ten ciekawy eksperyment pianistyczny. Nie wiadomo nawet, czy ukazał się drukiem przygotowany przez Juliusza Zarębskiego podręcznik do gry na dwu klawiaturach.

Ten niewielki felieton nie stanowi oczywiście kompendium wiedzy na ten temat. Byli w Europie, na świecie również, inni konstruktorzy, także teoretycy muzycy, którzy budowali podobne instrumenty. Jednak i one nie znalazły sobie trwałego miejsca na estradach. Np. kompozytor czeski Alois Haba (1893-1973) był wyrazicielem dzielenia oktawy na 24 ćwierćtony i skonstruował fortepian- także o dwu klawiaturach, oparty właśnie na ćwierćtonach...

Dzisiaj, w dobie instrumentów elektronicznych często spotykamy takie, które posiadają dwie i więcej klawiatur. Ale to, myślę, już całkiem inna historia.